Rękodzieło – O Mnie

Wymyślając wzory i realizując je, odczuwam taką radość,  jaką przeżywałam w dzieciństwie odkrywając możliwości jakie daje natura.

Początki mojej przygody z naturą i rękodziełem, to wczesne dzieciństwo.

Gdy umiałam utrzymać się przed tatą na motorze (miałam 4 lata), jeździliśmy razem na wyprawy, do lasu i nad wodę.
Szybko nauczyłam się rozpoznawać drzewa, rośliny, grzyby, zbierać jagody i jeżyny. Ulubionym naszym zajęciem było wyszukiwanie korzeni, kory, gałęzi o ciekawym kształcie i fakturze.
Robiłam fujarki, łuki i strzały. Tata pokazywał mi, do czego można używać mchu, gałęzi czy kory drzew.

Nad wodą nauczyłam się łowić ryby, rozpoznawać je i nazywać.
Z trzciny i sitowia pletliśmy sznurki, koszyki i inne proste przedmioty.

Lubiłam te wyprawy – mogłam biegać po lesie i cieszyć się tym co było dookoła; poznawać, doświadczać, czuć i widzieć cuda natury.

W domu – królestwem była piwnica. Tam znajdował się zaczarowany świat – tokarka i narzędzia stolarskie, klucze do naprawy naszego motoru i samochodu sąsiada.

Strugaliśmy z korzeni i gałęzi fantastyczne rzeczy: świeczniki, lampki nocne i najróżniejsze dekoracje. Pomagałam w naprawie motoru WFM.
Majsterkowanie – to było moje dzieciństwo. 
Często jeździliśmy na wieś, do mojej chrzestnej matki. Miała ona kawałek łąki pod lasem, chodziliśmy tam na spacery. Łąka była wyjątkowo piękna, lekko podmokła. Umiałam po niej chodzić, nieznacznie zapadając się w torfowisko zbierałam zioła i kwiaty. Było mnóstwo storczyków, dzwonków i innych roślin łąkowych, których już prawie się nie spotyka.

Moje zapachy dzieciństwa, to zapach lasu, jeziorek leśnych, łąk, zapach świeżo upieczonego chleba z kubkiem ciepłego mleka (prosto od krowy), siana dopiero co zwiezionego z łąki i zapach obory.

Jako nastolatka, szyłam pierwsze kreacje dla siebie. W ciężkich czasach miałam najmodniejsze ubrania.

W naszej rodzinie robótki ręczne, to była norma (ozdoby choinkowe, robótki na drutach, rysowanie na czarnym papierze jasnymi kredkami, węglem – na białym). Babcia nauczyła mnie tkać, zaraziła pasją do guzików(mam sporą kolekcję i teraz moja trzyletnia wnuczka uwielbia się nimi bawić). Nauczyłam się haftować i cerować.

W 1981 roku rodzina kupiła gospodarstwo na wsi. Miejsce to, zostało naszym siedliskiem o wdzięcznej nazwie Biała Kępa. Część zabudowań gospodarczych przerobiono na stolarnię. Tam, w stolarni mojego wujka, z tatą robiliśmy ule dla pszczół; pomagałam przy sztaplowaniu (układaniu) desek. Nauczyłam się obsługiwać maszyny stolarskie a o deskach wiedziałam prawie wszystko.

W 1990 roku zamieszkałam w siedlisku. Szybko nawiązałam kontakt z okolicznymi mieszkańcami. Sąsiedzi pokazywali mi, jak używać naturalnych materiałów w tradycyjny sposób. Robiłam dużo palm wielkanocnych, malw, kwiatów z bibuły, kompozycji z korzeni, mchu, siana, witek wierzbowych i brzozowych z ziół i zboża. Na rozwój moich zainteresowań wpłynęło spotkanie z wiejską twórczynią ludową. Nauczyłam się od niej robienia pająków ze słomy, kwiatków z bibuły, palm wielkanocnych, malw na leszczynowych kijkach.

   

                   


Wędrowałam po łąkach, polach i lasach,
 zbierałam zioła, trawy,  kłosy zbóż  i z  nich przygotowywałam kompozycje dla siebie, rodziny i znajomych.

 

 

 

Od 2005 roku mieszkam w Warszawie – nadal rozwijam swoje umiejętności.
Poszukuję nowych materiałów i technik, które mogę zastosować w swoich pracach.